Wywiad z Monicą Miller

Wywiad z Monicą Miller

Monica Miller. Dziewczyna z internetu, początkująca graficzka, modelka alternatywna która zdecydowała się zostać chodzącym dziełem sztuki. Ta decyzja zapadła nie do końca racjonalnie – miłość do pięknych tatuaży, jak sama twierdzi, ma po prostu we krwi. “Fejm” zastał ją przypadkowo, kiedy jej dziadek, były premier, umieścił na Twitterze jej zdjęcie. Nikt nie spodziewał się wówczas, że wzbudzi ono aż takie zainteresowanie. Monica mówi, że popularność nadal ją onieśmiela, ale jedno jest pewne – potrafi ją wykorzystać w dobry, wartościowy sposób. Promuję ideę body positivity, pokazuje, jak cenna jest różnorodność i własny styl, otwarcie sprzeciwia się przemocy wobec zwierząt.

Spotykamy się w warszawskim Reginabarze. Monica jest uroczą, skromną osobą, ma delikatny głos i miły uśmiech. Jej rockandrollowy wygląd i delikatny sposób bycia zapadają w pamięć, Monica ma po prostu niezwykłą, ciekawą osobowość – niespodziewanie potwierdza to zresztą wróżba z chińskich ciasteczek, które dostajemy przy wyjściu z Reginy.

 

Moniko, trudno mi właściwie wyobrazić sobie Ciebie bez Twoich pięknych tatuaży. Czy Twoje ciało to dla Ciebie coś w rodzaju projektu, czy miłość do tatuaży jest raczej instynktowna?

Bardzo podoba mi się Twoje określenie – „instynktowna”. Ani razu nie było sytuacji, w której spojrzałabym na siebie i żałowałam zrobienia jakiegokolwiek tatuażu. Szczerze mówiąc, na co dzień zapominam, że mam tatuaże i czuję się, jakbym się w nich urodziła. Kiedy patrzę na swoje stare zdjęcia, na których nie jestem wytatuowana, mam wrażenie, że to nie jestem ja.

Najchętniej w ogóle nie rozmawiałabym z Tobą o Twoich tatuażach, bo chciałabym dożyć czasów, w których tatuaże nie będą dla nikogo aż taką kontrowersją, jak teraz. Chcąc nie chcąc, muszę od tego zacząć, bo jest to jeden z Twoich znaków rozpoznawczych. Jak to się zaczęło?

Pierwszy tatuaż zrobiłam sobie w wieku 15 lat. Kompletnie nie wiedziałam, co mam ze sobą zrobić, skończyłam gimnazjum i wiedziałam tyle, że idę do liceum. Nie miałam żadnego pomysłu na siebie, na to, jaką chcę być osobą.

Jakie najgłupsze komentarze na temat tatuaży słyszałaś? „Teraz fajnie to wygląda, ale co zrobi, jak będzie stara”?

To oczywiście klasyk. Najgłupszy, jaki słyszałam, brzmiał chyba: „co Twoje dziecko na to powie?”.

Teraz jesteś jak chodzące dzieło sztuki. Wyglądasz inaczej niż przeciętny człowiek, ale nikogo nie trzeba chyba przekonywać, że jesteś piękną dziewczyną, a Twoje tatuaże to przemyślana kreacja artystyczna. Twój wizerunek jest bardzo spójny i moim zdaniem zachwyca.

Dziękuję! Początki moich tatuaży były związane z moją ówczesną pasją do muzyki – instrumentów, śpiewania. Wtedy zaczynała się na to moda, inspirowałam się Tumblrem i tego typu alternatywnymi portalami. Wtedy pomyślałam sobie po prostu: fajne, można spróbować, czemu nie? Poszłam do pierwszego studia tatuażu, było to chyba jeszcze na Dereniowej.

Studio zgodziło się zrobić tatuaż piętnastolatce?

Poszła ze mną moja mama. A potem samo się to potoczyło; zaczęłam zauważać, że w studiach tatuażu pracują dziewczyny, których styl mi się podobał i mnie inspirował. Potem zaczęło mnie to coraz bardziej interesować. 

A jakie są Twoje plany związane z tym, jak wyglądasz? Szczerze mówiąc, ja widzę Cię jako głos namawiający do afirmacji siebie i swojego ciała, a także do akceptacji różnorodności. Nie wiem, jak to się dalej potoczy, ale mam nadzieję, że dzięki takim osobom jak Ty przeciętny człowiek będzie w stanie zrozumieć, że nie ma jednego uniwersalnego sposobu na satysfakcję (żeby nie powiedzieć szczęście), zadowolenie z siebie, dobre samopoczucie. Co o tym myślisz? Muszę przyznać, że sama mam zapędy feministyczne i widzę w Tobie pewne nadzieje – wiadomo, że feminizm nie walczy tylko ze złym traktowaniem kobiet, ale z całą narracją patriarchalnej kultury, która wiąże się między innymi z wtrącaniem się w czyjeś życie, stygmatyzowaniem odmienności, na przykład tatuaży.

Rzeczywiście, staram się nie stosować żadnych kategorii. Oczywiście nie podobają mi się odgórne oczekiwania co do wyglądu kobiet. W moim przypadku dotyczy to też kobiet, które chodzą na siłownię – mówi się, że nie powinny tego robić, bo stają się za bardzo umięśnione i „męskie”. Ludzie ogólnie lubią żyć stereotypami. Bardzo trudno to zmienić, to praktycznie niemożliwe. To, że jedna osoba próbuje przełamać schematy, to niczego nie zmienia, bo większość i tak nie jest w stanie się z tym pogodzić. Zamykanie zjawisk w stereotypy to dla wielu osób jedyna forma obrony. Nie zgadzam się też z tym, co się teraz dzieje na przykład w kwestii aborcji. A wracając do Twojego pytania, to jestem w przełomowym momencie swojego życia. Nagle otworzyło się przede mną bardzo dużo możliwości. Nic jeszcze nie jest jasne i sama jeszcze nie zdecydowałam, czym się zająć. Ale myślę o wielu rzeczach i na pewno będę robić coś więcej niż teraz.

Czyli masz jeszcze jakieś plany oprócz bycia alternatywną modelką?

Oczywiście, chciałabym się postarać zrobić dużo więcej. Zobaczymy, jak to się potoczy.

Przyznam, że bardzo lubię Twojego dziadka. Nie mam najlepszej opinii o tzw. „klasie politycznej” w ogóle, ale Leszka Millera lubię w zasadzie najbardziej za poczucie humoru i trzeźwe spojrzenie na świat. Mogę zapytać, jakie jest jego zdanie na temat otaczającej nas rzeczywistości, współczesnych czasów?

Dziadek stara się być otwarty na nowości, choć – przyznaję – ma problemy z pewnymi tematami, choćby z homoseksualizmem czy zmianą płci. To chyba jeszcze nie dla niego. Ale cóż, ważne, że próbuje. Na pewno ja byłam jednym z pierwszych elementów, jeśli chodzi o jego otwarcie się na inność.

Co ludzie z Twojej szkoły sądzili o tym, że Twój dziadek był premierem? Pamiętam, że jako mała dziewczynka oglądałam kiedyś jego występ w telewizji: opowiadał, że jego wnuczka myśli, że dziadek jest prezydentem, podczas gdy on jest tak naprawdę premierem. Czy to Ty byłaś tą wnuczką?

Tak, to byłam ja! Oczywiście było mi wszystko jedno, czy mój dziadek jest prezydentem, czy premierem. Nigdy nie interesowałam się polityką, nie zastanawiałam się, co to dokładnie jest. Mój dziadek jest prywatnie zupełnie normalnym człowiekiem, fajnym facetem. Mam jednak poczucie, że im lepiej jemu się powodziło w polityce, tym bardziej ja za to obrywałam w szkole. Jeśli ktoś mnie pytał, czy w mojej rodzinie jest „ten Miller”, odpowiadałam, że nie, że to zbieżność nazwisk.

Masz dobry kontakt z dziadkiem i mamą, która zaprowadziła Cię na pierwszy tatuaż. Wiem, że bardzo ważnym dla Ciebie członkiem rodziny jest też Twój pies.

Tak, to jest moje dziecko. Śpię z nim, oglądam filmy, wszystko robimy razem. Wszyscy się z tego śmieją, ale Franek jest bardzo sassy. Jest elegancki i bardzo wybredny. Uwielbia buty i torebki. Zawsze zanosi je do swojego kojca, widać, że ma gust – kiedy coś jest drogie, to znaczy, że jest dobre.

Wcześniej pytałam Cię o Twojego dziadka, mówiłyśmy też o Twojej przeszłości. Kiedyś byłaś trochę okrąglejsza. Teraz pokazujesz na Instagramie swoją metamorfozę. Może się to wydawać nieoczywiste, ale czy tatuowanie się ma jakiś związek ze zmianą Twojej sylwetki?

Kiedy zrobiłam sobie pierwszy tatuaż, byłam bardzo szczupła, dużo ćwiczyłam, pływałam. Później w okresie dojrzewania przytyłam i wtedy robiłam sobie najwięcej tatuaży. Może faktycznie jest to związane z tym, że kompletnie się sobie nie podobałam i tatuaże sprawiały, że choć trochę bardziej akceptowałam swój wygląd.

Twoje otoczenie też sprawiało, że nie lubiłaś siebie?

Tak, kiedy byłam młodsza, otoczenie było do mnie negatywnie nastawione. Dopóki ludzie nie widzieli, że mam tatuaże, traktowali mnie dobrze, Potem, kiedy zauważali, że jestem wytatuowana, wykluczali mnie. To byli ludzie z mojej szkoły. Czasem miałam wrażenie, że ludzie bardziej tolerowali moją nadwagę, niż tatuaże.

Zazwyczaj o osobach, z których kiedyś inni śmiali się w szkole, dzisiaj tworzy się memy z napisem „be careful who you call ugly in middle school”. Czy do dzisiaj jest to dla Ciebie bolesne wspomnienie, rodzaj traumy?

Przeżyłam coś w rodzaju ogromnego „stresu pourazowego” związanego z moją nadwagą i komentarzami ludzi na mój temat. Doprowadziło to do tego, że w pewnym momencie popadłam w ciężką chorobę i trudno było mi się wyzbyć przykrych wspomnień związanych z dręczeniem w szkole. Teraz myślę sobie, że być może jednym z powodów, dla których założyłam konto na Instagramie, jest motywowanie dziewczyn. Bardzo mnie też cieszy, kiedy na moim profilu pokazuję swoje zdjęcia przed i po zrzuceniu 17 kilogramów, a niektóre osoby piszą komentarze, że bardziej im się podobałam w tej większej wersji. Nie ma jednego sposobu na bycie atrakcyjnym i na dobre samopoczucie. Jeśli lubisz być sobą, masz swój styl, to dobrze się czujesz – a to po prostu widać. Chciałabym, żeby dziewczyny nie czuły, że kilka kilogramów więcej to wada. Przecież niektórzy dobrze z tym wyglądają, a odchudzeni wyglądaliby dużo gorzej.

Miałaś tę świadomość, kiedy sama nie miałaś takiej figury jak teraz?

Nie do końca. Gdyby to wszystko zdarzyło się dzisiaj, na pewno byłabym bardziej świadoma swojego ciała. Nie miałabym prawdopodobnie takich problemów z poczuciem własnej wartości i bulimią, do której niezadowolenie z siebie mnie doprowadziło. Kiedy byłam młodsza, kierowała mną wyłącznie obsesyjna chęć pokazania innym, że jestem coś warta, a to, jak wiadomo, jest bardzo niezdrowe.
Zdarza Ci si samej osądzać ludzi, uogólniać? Bo mnie tak.

To chyba kwestia przyzwyczajenia. Kiedy tak robię, zaczynam nie lubić samej siebie i mam wrażenie, że zataczam błędne koło negatywnych emocji. Niemniej wymaga to dużo pracy, żeby mieć kontrolę nad samym sobą i dojść do stanu, w którym tylko tak naprawdę nasze własne zdanie na nasz temat ma dla nas znaczenie.

Może to naiwne, ale chciałabym, żebyśmy się do tego zbliżyli za sprawą takich osób jak Ty – w końcu Twoja osobowość to esencja wolności, różnorodności, „autorskiej” koncepcji na siebie.

Żyjemy w czasach social mediów, w których oczywiście przewija się codziennie masa nieciekawych, nijakich treści wabiących tanimi chwytami, odwołującymi się do najniższych instynktów ludzkich. Ale media społecznościowe mają też ogromnie pozytywną stronę – pozwalają pokazać się ludziom oryginalnym. Mogą się oni zaprezentować nie jako dziwadła, ale raczej artyści, ludzie z niezwykle ciekawymi pomysłami na siebie. Możliwości jest tutaj nieskończenie wiele. Najważniejsza z nich jest taka, że można wykorzystać swoją inność w dobry sposób. 

Słyszałam, że w Twojej inności pomogła Ci się „pozytywnie” odnaleźć miłość. Czy to prawda? Jak długo się znacie z Twoim chłopakiem?

Już ponad rok. Nie będę ukrywać – poznaliśmy się przez Tindera. Jak to w przypadku miłości bywa, to był podmuch czegoś świeżego, zaskakującego. Na początku była to tylko przyjaźń. Ale zawsze podobały mu się we mnie wyjątkowe cechy, na które inni nie zwracali uwagi. Przestałam myśleć kategoriami: gruba – chuda, brzydka – ładna. Po prostu byłam szczęśliwa.

Zaciekawił mnie ten Tinder. Nie wiedziałam, że miałaś taki epizod w swoim życiu.

Założyłam je od razu po rozstaniu z moim poprzednim chłopakiem. Wtedy to był dla mnie rodzaj kontrataku zranionej dziewczyny. Ale na Tinderze jest bardzo dużo dziwnych ludzi. Mimo to spotykałam się z wieloma osobami stamtąd i do dzisiaj mam kolegów, z którymi mam świetny kontakt. Niestety wiele osób z Tindera sprawiło, że czułam się źle. Może nie było to od razu złamane serce, ale coś w rodzaju uczuciowego rozczarowania.

Jasne, rozumiem. Sama miałam w życiu epizod z Tinderem. Ja i moja ówczesna koleżanka już na studiach pisałyśmy, uważałyśmy się za początkujące artystki. Tindera założyłyśmy mniej więcej w tym samym momencie, autentycznie z ciekawości – żeby sprawdzić, kogo można tam spotkać i, jak się śmiałyśmy, żeby mieć o czym pisać. Szybko jednak zorientowałyśmy się, że to nie żart – ludzie z Internetu potrafili nas zranić.

U mnie przyczyna była dość prozaiczna. To był mroczny okres w moim życiu i zrobiłam to chyba ze zwyczajnej samotności. Dzisiaj już nie mam Tindera.

Od miłości łatwo chyba przejść do sztuki. Wiem, że studiujesz grafikę, jesteś młodą artystką. Czy jesteś typem artysty, dla którego miłość jest największą inspiracją?

Dokładnie tak. Miłość pod wieloma względami jest bardzo inspirująca. Poza tym oceniając sztukę doznajemy czegoś podobnego, jak w przypadku miłości. Jesteśmy oczarowani, głęboko poruszeni albo nie czujemy nic. Dla mnie sztuka sprawia też, że widzę więcej. Nie widzę już – jak kiedyś – po prostu czyjejś twarzy, ale kolory, kontury.

Wiem, że większość ludzi zna Cię z Twittera, na którym Twój dziadek umieścił kiedyś Twoje zdjęcie. Niespodziewanie wzbudziłaś sensację. Podoba Ci się to, że ludzie Cię znają? Chciałabyś to kontynuować? Ja myślę, że fantastycznie się nadajesz na modelkę. Jesteś piękna, ale jednocześnie Twój wygląd jest wyjątkowy, co mogłoby pokazać, że prawdziwe piękno ma różne oblicza.

Chciałabym być modelką, robię wiele sesji, współpracuję z różnymi fotografami. Ale jednocześnie jest mi z tym dziwnie. Chodzę na różne eventy, ludzie proszą mnie o autografy i zdjęcia. Cały czas jestem tym onieśmielona, myślę o tym, że nie chciałabym nagle zacząć mieć poczucia, że jestem ponad innymi. Nie chciałabym nagle zacząć dorabiać do siebie legendy.

Oprócz popularności w tradycyjnych mediach masz też wielu obserwujących na Instagramie. Jest to medium społecznościowe, w którym – poza zasięgami i estetyką – konta niczym się między sobą nie różnią. Zdarza Ci się, że ludzie piszą do Ciebie, chcą się z Tobą spotykać tak po prostu? Przyznam, że odkąd zobaczyłam Cię pierwszy raz, bardzo mi się spodobałaś i pewnie sama miałabym ochotę napisać taką wiadomość, ale nigdy bym tego nie zrobiła, nie chcąc wyjść na stalkerkę.

Zdarza mi się to bardzo często. Jednak odkąd stałam się rozpoznawalna, nie miałabym czasu spotykać się z każdym, kto do mnie pisze. Poza tym jako wnuczka polityka wiem, że naprawdę muszę na siebie uważać i zawsze podwójnie się zastanawiać, kto jest po drugiej stronie. Zawsze jednak odpisuję na wiadomości i komentarze na Instagramie, ta interakcja z odbiorcami podoba mi się najbardziej. Staram się dawać znać, gdzie można mnie spotkać, rozmawiać ze wszystkimi i po prostu zachowywać się normalnie.

Rozmawiała: Kasia Jastrzębska

Podziel się :
0


Facebook
Facebook
Instagram